MIKOŁAJ TRZASKA – KANTRY

  1. Istrianna
  2. Tango on the border
  3. Sarajewska
  4. A yiddishe crime story
  5. Prodaj dinozaura
  6. Giant donkey caravan
  7. Sen musli
  8. Barbarian’s child
  9. Kawony
  10. Pora
  11. W samochodzie taty
  12. The silence of fish
  13. Wycieraczki
  14. The empty place song

Skład:
Mikołaj Trzaska – bass clarinet, saxophones, farfissa, organs, accordion
Andrzej Stasiuk – voice
Jarogniew Milewski – keyboards & production
Johannes Frisch – double bass
Abbas Zulfugarof – double bass
Olo Walicki – double bass
Paul Wirkus – drums
Tomasz Gwinciński – drums
Jarek Czarnecki – drums

Pierwszym bodźcem do powstania tej płyty było zamówienie internetowego radia COPERNIKUS. Audycja miała swoją berlińską premierę w listopadzie 2005 roku. Choć sam pomysł zrobienia czegoś na wzór słuchowiska z udziałem Andrzeja Stasiuka pojawił się na długo wcześniej. Mikołaj zbierał materiały do tego projektu przez kilka lat. Na początku spodobał mu się kolor głosu Stasiuka i sposób w jaki czyta. Nigdy wcześniej Mikołaj nie spotkał się, jak sam to nazywa, „ze zjawiskiem wypełnionej napięciem, wciągającej nudy”.
Na początku nagrywali fragmenty słuchowiska w lasie, potem Stasiuk siedział w samochodzie, gdzie czytając swoją powieść, miał w ostrzejszych fragmentach naciskać mocniej pedał gazu. Jednak większość z tych „dźwiękowych scen” odpadła w czasie postprodukcji.
W sumie wiele się zmieniło i płyta „Kantry” w niewielkim stopniu przypomina berlińską audycję. Najwięcej zamieszania zrobiły nagrania z dyktafonu. Pochodzą one z podróż Stasiuka po Bałkanach: Słowenii, Bośni i Hercegowinie. Dyktafon spełnił tu rolę aparatu fotograficznego.
Rejestrował wszystko co się dało, poczynając od odgłosów sarajewskiej ulicy, rozmowy w bałkańskiej knajpie a kończac na śpiewie muezzina z sarajewskiego minaretu. Muzyka, która znalazła się na płycie w wiekszości inspirowana jest prozą Stasiuka. Znalazły się tu kompozycje pisane przez Trzaskę do sztuk teatralnych Andrzeja – zresztą ze wzgladu na autonomiczość nigdy nie zostały w nich wykorzystane.
„Kantry” to wolne tłumaczenie Stasiuka na muzyczny język Trzaski.
„Kantry” to dziennik podróży.

RECENZJE:

Trzaska: z wyobraźnią Jeśli ktoś już zapomniał o tym, że nasz najlepszy freejazzowy saksofonista jest też niepoprawnym romantykiem, to musi posłuchać albumu „Kantry”. Mikołaj Trzaska skorzystał ze wspomnień Andrzeja Stasiuka z wyjazdu na Bałkany, podczas którego ten na gorąco rejestrował swoje wrażenia na dyktafonie. Przewijają się tu zarówno poważniejsze fragmenty jego prozy opisujące okolicę i charakterystyczne dźwięki miasta, jak i żartobliwe komentarze. Kameralny, wręcz knajpiany klimat do tego tekstu Trzaska tworzy, grając na klarnecie basowym lub saksofonie razem ze znajomymi muzykami: Paulem Wirkusem, Tomaszem Gwincińskim, Johannesem Frischem. Album przywołuje na myśl jego współpracę ze świetlickim i Andruchowyczem, ale o wiele mocniej wciąga w świat wspomnień i tęsknoty za starą i zapomnianą Europą.
JACEK SKOLIMOWSKI

Kantry and istern Płyta, która mogłaby być definicją terminu „postmodernizm” w sztuce. Najnowsza ptyta Mikolaja Trzaski, gdańskiego artysty, grającego przede wszystkim na instrumentach dętych, wywodzącego się ze środowiska yassowego, a od kilku lat konsekwentnie tworzącego własny muzyczny i artystyczny język, to album z pogranicza. W wielu znaczeniach tego słowa.
Po pierwsze Trzaska penetruje na niej pogranicza jazzu i yassu. Wposzczególnych utworach, nagrywanych w różnych składach i miejscach, wróżnych warunkach przez ostatnie sześć lat, usłyszeć można nawiązania do najróżniejszych gatunków i stylistyk w obrębie szerokiego pojęcia muzyki improwizowanej: od brzmień ambientowych do pełnych dzikości motywów bliskich free jazzowi.
Po drugie – Trzaska prowadzi pewną ręką słuchacza przez pogranicza nastrojów – obok smutnych kompozycji zdarza mu się też wkroczyć w rejon błogiej, radosnej beztroski.
Po trzecie to materiał z pogranicza gatunków: nie jest to klasyczna płyta jazzowa, nie jest to też bez wątpienia kolejna realizacja znanego z najnowszej historii polskiej muzyki pomysłu na wspólną płytę muzyka i pisarza, nie jest to też przecież słuchowisko radiowe. A jednak Trzasce udało się połączyć na tym krążku wszystkie te elementy i stworzyć spójną, konsekwentną całość.
Po czwarte wreszcie, to płyta, która w zawartości literackiej odnosi się mocno do pogranicza Europy. Stasiuk czyta fragmenty swoich książek, opowiadających o podróżach do krajów Europy Południowej i środkowej i rejestruje za pomocą dyktafonu odgłosy, które można tam usłyszeć. Szum sarąjewskiej knajpy, rozmowy z miejscowymi, wrzawa rynku w małym miasteczku – to strzępy, urywki, które układają się w niezwykłą dźwiękową opowieść o tych miejscach.
Trzasce udało się stworzyć dzieło iście postmodernistyczne – łączące elementy różnych gatunków, nastrojów i porządków, dopuszczające do głosu nie tylko oficjalny, elegancki ton, ale i to, co nieoczyszczone, przypadkowe. To nie tylko bardzo udany eksperyment artystyczny, to także skuteczna próba odnalezienia nowego języka, którym sztuka może mówić o nieustannie zmieniającym się i pełnym sprzeczności świecie.
PRZEMYSłAW GULDA

Choć na „Kantry” Mikołajowi Trzasce towarzyszy Andrzej Stasiuk, nie mamy do czynienia z realizacją spod znaku spoken word. To – jak deklarują sami artyści – pamiętnik z podróży.Płytę wypełniają muzyczne impresje, mające swe źródło przede wszystkim w materiale zebranym przez pisarza podczas jego bałkańskich wypraw, a także w jego prozie. Dźwięki instrumentów (saksofony, klarnety, perkusja, kontrabas, klawisze, akordeon) łączą się z dokonanymi m.in. w Słowenii, Bośni i Hercegowinie nagraniami terenowymi oraz recytacjami literata.
Muzyka, rozegrana ze wspaniałym wyczuciem przestrzeni, snuje się nieco leniwie, budując wciągającą, trochę duszną atmosferę. Chwilami transowe, organiczne, niemal etniczne peregrynacje przywołują ducha wczesnego Łoskotu. W strzępkach monologów Stasiuka ważniejszy od sensów zdaje się rytm, barwa, klimat. Momentami jego recytacje kreują iście hipnotyzujący nastrój – jak mówi Trzaska – „wypełnionej napięciem, wciągającej nudy”. Słowa bywają zamazane, przetworzone, nieczytelne, co dodaje im wieloznaczności i wielowymiarowości.
Całość, zachwaszczona zebranymi podczas eskapad nagraniami („Dyktafon spełnił tu rolę aparatu fotograficznego” – mówią artyści) – rozmowami, komentarzami, obserwacjami Stasiuka; przeżarta atmosferą bałkańskich ulic, miast, knajp czy choćby śpiewami muezzina z sarajewskiego minaretu -składa się w niebywale sugestywną dźwiękową przygodę.
Płyta jest dopracowana, przemyślana, ale nie nazbyt wystudiowana i wychuchana. Zachowuje należytą surowość, niekiedy wręcz naturalizm. Poetycki, pełen magii album na pograniczu jazzu, kameralistyki, etno i onirycznego słuchowiska.
Łukasz Iwasiński (Tygodnik Powszechny)

Płyta „Kantry” to de facto projekt muzyczno-literacki, kolejny zresztą w Kilogram Records, wydawnictwie słusznie kojarzonym z Mikołajem Trzaską. Gdański saksofonista tworzył już muzykę do tekstów Marcina świetlickiego i ukraińskiego pisarza Jurija Andruchowycza, a teraz spotkał się z Andrzejem Stasiukiem. Otrzymujemy płytę niezwykle ciekawą, której bliżej jest do słuchowiska, niż do zwykłego, pełnogrającego albumu.
Początkowo muzyka razem z tekstami powstała dla internetowego radia Copernicus – mimo, że pojawia się w niej wielu wykonawców (m.in. Paul Wirkus, Tomasz Gwinciński czy Olo Walicki) to bez wątpienia dźwięki są tutaj swego rodzaju tłem. Utwory, które pochodzą z podróży po Słowenii, Bośni i Hercegowinie przeplatają się nawzajem z nagranymi na dyktafon tekstami Stasiuka. Dzięki temu otrzymujemy niesamowity zapis muzycznych scen Europy Wschodniej. Słuchając „Kantry”, oczami wyobraźni przenosimy się ciemną nocą do knajpy na ulicy Sarajewskiej, do samochodu zostawionego gdzieś na środku szosy, a nawet meczetu, gdzie usłyszymy śpiew muezzina – słowem, do odległych, zapomnianych krajobrazów Półwyspu Bałkańskiego. Trzaska nagrał swego rodzaju muzyczny dziennik podróży po terenach, które nie są na tyle popularne, czy też raczej łatwe w odbiorze, jak Europa Zachodnia. Językiem muzyki połączonym z czytanym tekstem przez Stasiuka zabiera nas w literacko-muzyczną podróż, która zdaje się doskonale oddawać klimat tych odległych, a w większości nieznanych przez oko turysty terenów. Duże brawa.
Jakub Knera

Mikołaja Trzaskę można nazwać stachanowcem polskiego Jazzu. Czasem wydaje mi się, że musi on mieć (o co podejrzewano Elvisa – patrz „Kawa l Papierosy” Jima Jarmuscha) tajnego brata bliźniaka, gdyż ogarnięcie w pojedynkę wszystkich projektów, w które zaangażowany jest gdański saksofonsta, wydaje się niemożliwe. W tym roku oprócz „Kantry” ukazała się tez świetna płyta Shofar oraz bardzo mocno rozimprowizowany album „Intimate Conversations” nagrany z Rosenem i Mc Phee. Co warte podkreślenia, ostatnie dwanaście miesięcy nie było czasem szczególnej aktywność w życiu Mikołaja Trzaski. Angażowanie się w trzy, cztery projekty rocznie, regularne koncertowanie, a do tego jeszcze szefowanie oficynie Kilogram Records to stały rozkład jazdy współldera pamiętnej Miłości.

Nie wiem, jak długo będzie jeszcze utrzymywać się wysoka forma Trzaski, na razie jednak ilość jego projektów szczęśliwie nie wpływa na ich jakość, czego najlepszym przykładem jest „Kantry”. Wydawałoby się, ze mamy tu do czynienia z powtórką z rozrywki. Kolejny album łączący jazz z literaturą? Kolejny autor „poczyta dzieciom” na tle yassowego tła? Pragnę uspokoić tych, którzy obawiają się, że rozpędzony Trzaska działa w nieprzemyślany, automatyczny sposób. Podobnie jak było w przypadku dwóch poprzednich jazzowo-literackich kolaboracji (z Marcinem świetlickim i Jurijem Andruchowyczem), mamy do czynienia ze starannie przemyślaną interpretacją, z fascynującym przekładem słowa na dźwięk. „Kantry” to przygotowywany od dwóch lat „dziennik podróży”. Nie wypełniają go jedynie „gotowce” w postaci odczytywanych rozdziałów „Zimy”. Choć cytaty z tego tomu opowiadań pojawiają się, są one przemieszane przez Trzaskę z luźnymi impresjami, które zostały przez Stasiuka zarejestrowane na dyktafonie podczas podróży po Węgrzech, Słowenii i Chorwacji. Tę kolażową poetykę dobrze widać w piątym „Prodaj dinozaura”, który otwiera przepuszczany przez rozmaite efekty, kapitalnie zapętlający się cytat z opowiadania 'Paris-London-New York”, po chwili ustępujący miejsca uroczo niedbałej, zarejestrowanej Bóg wie gdzie mini-opowieści o „świecie starych opon”. Na „Kantry” flirtujący z folkiem jazz i literatura mieszają się z dźwiękami sarajewskiej knajpy, bałkańską audycją radiową, szczekaniem psów, oraz kapitalnymi komentarzami meczu „Słowacji z Amerykanami”.

Większość z nagranej przez Stasiuka „wypełnionej napięciem nudy” stanowią rzucane jak gdyby od niechcenia refleksje, a czasem nawet trudne do zidentyfikowana, poszatkowane wypowiedzi, które pozbawione pierwotnego sensu, we wspaniały sposób budują atmosferę podróżowania przez „bałkańską rozpterduchę”. Niektóre cytaty to prawdziwe rozbijające patos perełki – np.suche buty sobie kup, kurwa, włącz punk rocka czy wysikajcie się i spadnijcie na zewnątrz, weźcie sobie tego arbuza i idźcie. Trzeba oddać Trzasce, że wyreżyserował on to guasi-słuchowisko w prawdziwie mistrzowski sposób, wielką klasę pokazuje już na samym początku płyty, gdy nieśmiała „Istrianna”, oparta na leniwie szkicowanych saksofonowych zaczątkach melodii przechodzi w rozbudowane, porywające „Tango On The Border”. Znacie to uczucie, kiedy podczas podróży zmysły przyzwyczajone do ograniczonej przestrzeni zostają nagle oszołomione widokiem sięgającym po horyzont? Nie sądziłem, że ktoś będzie je w stanie oddać za pomocą muzyki, Trzasce się udało. Takich wyjątkowych momentów na „Kantry” jest zresztą dużo więcej; melancholijny, przesmutny, instrumentalny „The Silenie Of Fish”, psychodeliczna, łącząca śpiew muezina z niepokojącą grą saksofonu i psychodelicznymi klawiszami „Sarajewska”, to tylko niektóre asy, skrywane w goreteksowym rękawie kurtki Mikołaja Trzaski.
Piotr Szwed (17 grudnia 2007)

Umiejętności

Opublikowano w dniu

31 maja 2021